I w końcu przychodzi taki dzień kiedy coś się kończy. Kiedy siedząc na krześle wokół spakowanych walizek zastanawiasz się, co dalej?
Cały rok na obrotach. Nowe miejsce – akademik, nowi ludzie, sytuacje, zdarzenia. Tyle się wydarzyło. Tyle się wydarzało. Mało czasu na zastanawianie się nad tym. Jedyny odpoczynek to muzyka. Tam zawsze tak samo, z równą prędkością bijące werble, bujająca się głowa w rytm wolno uderzającego basu.
Codzienny bieg, laborki, zajęcia, kolokwia egzaminy. Rozmowa o prace szkolenia, praca. Tak szybko. Warszawa, prędkość jej ulic.
I przychodzi taki dzień jak dziś. Wychodzę na śpiące Warszawskie ulice. Powoli wysiadam z metra, plac Zbawiciela, Marszałkowska, Pola Mokotowskie. Idę w ten piękny wieczór i jestem smutny.

“Zatrzymajmy się w pędzie nikt nie pamięta po co biegnie
Czy na pewno po szczęście czy sam bieg nie jest biegu sensem “
Eldo “Plaża”

Gdy dziś się zatrzymałem, jestem po sesji, bardzo udanej sesji, w pełni zaliczonej, gdy wyprostowałem zaległości z pierwszego roku czuję się dziwnie. Nie wiem jak to opisać. Może to przez ten jeden głupi szczegół, tę jedną pierdołę, która dzisiaj tak mocno mnie wkurzyła. Och, za dużo emocji. Ale wydaje mi się, że to nie to. Przez cały ten dzisiejszy wieczór spędzony na ulicach stolicy chodziła za mną pewna piosenka Ani Dąbrowskiej a dokładniej jeden wers, który powtórzyłem dzisiaj chyba setki razy.

“… że to wszystko nagle traci sens, gdy Ciebie nie ma”
Ania Dąbrowska “Trudno mi się przyznać”

Za oknami mieszkańcy akademika imprezują, grill żegnający sesję. Idę się pożegnać.