Nigdy, ale to nigdy nie pójdę sam do klubu. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Wczoraj napatrzyłem się na samotnych typów na parkiecie. Niski koleś w kraciastej koszuli. Włosy lata bujności mają już za sobą. Teraz tylko skrzętne uczesanie pozwala na nieudolne zasłonięcie postępującej łysiny. Za dwa lata kolano jak się patrzy. Oczy podkrążone, cera lekko podniszczona. Wiek, cóż życie. Popija małe piwko i lekko podskakuje na parkiecie.
Drugi koleś to wypisz, wymaluj lokalny gamoń. Spodzień dresowy, jakby z treningu wracał. Tępy wyraz twarzy, jeszcze bardziej uzwierzęcony przez kolejne piwko strzelone przy barze. Przejechał dziś z kumplem gulfem na dyske.
Trzeci bujna czupryna, lekko kręcona, włosy jeszcze silne. Ładna okularki. Modna koszula, spodnie, buty. Widać ma hajs. Pociąga już którąś z kolei szklaneczkę whisky z colą. Jak go ujrzałem akurat przechodził i ją zobaczył.
Wszyscy jak jeden, gapili się jak sroka w gnat. Pierwszy nieśmiało, niby przechodził, rzucił okiem, potem wracając potem czegoś pewnie zapomniał. Zaczął tańczyć obok i zerkać. Drugi bezpardonowo. Stał obok niej, głowa skręcona i gapi się. Z jak naklejonym na zakazanej mordzie szyderczym, choć w jego mniemaniu zapewne ponętnym uśmieszkiem. Ble. Trzeci stanął jak wmurowany. Nie może oderwać wzroku. Stoi trochę dalej, ona go nie widzi, a może widzi. To nie istotne. Dla niego jak na tę chwilę jest tylko ona. Zachowuje się jak wąż, w którego zasięg podeszła ofiara. Nie chce wykonać niepotrzebnego gestu aby jej nie spłoszyć. Czeka na odpowiedni moment do ataku. Tak on czeka i mędrkuje jak by tu ją poderwać. Przypomniały mi się wtedy wszystkie odcinki serialów kryminalnych typu CSI. Następnego dnia pewnie znajdą ją zgwałconą w lesie. To okropne. Wyrzuciłem tę myśl szybko.
Ona, cóż naprawdę była ładna. Delikatne rysy twarzy. Zgrabne ciało okryte czarną sukienką. Taką małą czarną jak z Śniadania u Tiffaniego. Szeroki piękny uśmiech. Ładne nogi. Tak, podobała mi się. W końcu była bardzo atrakcyjna. Tylko ta banda śliniących się samców cały czar zabrała. Patrzyli na nią jak wygłodniałe wilki na młodego cielaka, który jest łatwą zdobyczą na dzisiejszy wieczór. To ohydne.
Każdy z nich uderzył do niej. Poprosił ją o taniec, mniej lub bardziej kulturalnie. Wszystkim odmówiła. Pięknie!

    I w klubie, który w poniedziałki zazwyczaj był pusty
    Spotkałem ją nim pożegnałem 2008,
    Ale nie miałem zajawki na to, żeby niezwłocznie
    Podbijać do niej tak jak to robili inni goście,
    Ja chciałem… kurwa, co ja chciałem? no zapominam ciągle,
    Ty, ale wydaje mi się, że wiesz co?
    Że ja chciałem tylko patrzeć na jej paznokcie
    I jak zwykle przez chwile studiować ich odcień.

Małpa – Paznokcie.

Nigdy nie sądziłem, że polubię czeskie kino. Nigdy nie sądziłem, że czeski film będzie mi się podobał. Przypadkowo dzisiaj natknąłem się na film „Mężczyzna idealny”. Czeska komedia romantyczna z 2005 roku. Akcja dość przewidywalna, czyli standard jak dla tego gatunku. Czyż on ma szokować? Nie. Z resztą nie ma co mówić o szczegółach dotyczących scenariusza, zdjęć, gry aktorskiej. Po pierwsze nie znam się na tym, po drugie zawsze to tylko subiektywna ocena. W sumie to też o to mi chodzi. O moje, subiektywne, niczym nie podpowiedziane wrażenia.
Podobało mi się. Lubię uśmiechać się do ekranu widząc przytuloną, szczęśliwą parę. Lubię gdy czuję ściśnięte gardło, mam przyspieszony oddech i wilgotne oczy oglądając wzruszającą scenę.
Podczas oglądania czuję się tak uległy. Tak sterowany. Robię to co chciał reżyser abym robił. Płaczę, śmieję się, uśmiecham, cieszę, jestem zły. Ale lubię to. Klik!
„Może po prostu kocham szczęśliwe zakończenia.” A może po prostu też bym tak chciał. Tak jak fryzjerka głównej bohaterki. Rozanielona wysłuchiwaniem opowiadania historii jej miłości, układając bezmyślnie, mechanicznie włosy Laury, marzy o takiej samej przygodzie. O przeżyciu tego samego, przeżyciu miłości.

Z resztą.

Wiem, że to tylko prowokacje, że to taki chamski styl ale mnie to wkur*ia.
Zakłamani, egoizm, chęć dowartościowania się kosztem upodlenia innych. Dlaczego? Znaliśmy się dobrze, spotykaliśmy się w szkole, spotykaliśmy się na każdym melanżu, uważałem, że możemy na siebie liczyć i wiele razy się przekonywałem o tym, że tak było. Czułem się dopasowany, pasujący. Idealnie rozumiejące się głowy, rozmowy krótkimi komunikatami, często jedynie pojedynczymi wyrazami-kluczami, hasłami, sloganami dawały lepsze zrozumienie niż wielokrotnie złożone zdania. Prosty przekaz. Lubiłem ten sport. Te potyczki słowne, utarczki myślowe, zagadkowe frazy, który często tylko mu rozumieliśmy. Trzymanie się razem. Dla idei, nie przeciwko czemuś a dla czegoś, dla rozwoju, dobrej zabawy, więzi.
To normalne, każdy z nas poszedł w swoją stronę. Wiem oddaliła nas odległość. Studia w Warszawie, Olsztynie. Nawet w tym samy mieście, na tej samej uczelni, rozdzieliły nas różne wydziały. W końcu rozdzieliło nas mieszkanie, moje odejście do akademika. Tak, wiem odciąłem się w tym roku. Nie żeby specjalnie, normalnie przez nieuwagę. Zajarałem się mechatroniką. Wkręciłem się w Kopernika. Musiałem wyprostować zaległości z pierwszego roku. Chciałem pocisnąć jak najlepiej drugi rok. Wszytko się udało. Jestem zajebiście z tego zadowolony i dumny. Tak jestem dumny, czasami zadufany, może noszący głowę wysoko, ale nie uważam aby to było złe. Znów nie robię tego specjalnie. Zacząłem zauważać swoją wartość. Też mogę! A najważniejsze chcę.
Nie myślałem jednak, że tak się stanie. Nie myślałem, że zostanę oddolnie a może odgórnie wykreślony z zarządu. Nie myślałem, że prze jedną odmową zostanę nazwany ściemniaczem i oszustem. Nie myślałem, że wykręciłem się wymówką na odwal, że istnieje grupa szanująca się od początku do końca a ja jestem tylko ściemniaczem. Nigdy więcej żadnego spotkania. Tak? To były jakieś spotkania w tym roku? Tak? Pewnie wtedy też się wykręcałem, ściemniałem, wymyślałem wymówki na odwal. Na pewno robiłem to wszytko podświadomie i na pewno wy to zauważyliście nie mówiąc mi nic. Na pewno.
Nie będę tu się tłumaczył, nie ma to sensu. Niech winni się tłumaczą. Jest mi tylko przykro. Czuję się dotknięty, niesłusznie oskarżony. Ale co świat jest pełen niesprawiedliwości, zawiści i zazdrości. Nie chce należeć do takiego świata. Macie racje „nie potrzebuję waszego towarzystwa”.
„Idealiści jak ja naiwna mniejszość,
Aktywiści, zaangażowanie kontra obojętność”
Eldo – „Na maksa”
Szkoda, że wielu o tym zapomniało.
Pamiętam – nie zapomnę, nie zapomnę – pamiętam.
ach.

I w końcu przychodzi taki dzień kiedy coś się kończy. Kiedy siedząc na krześle wokół spakowanych walizek zastanawiasz się, co dalej?
Cały rok na obrotach. Nowe miejsce – akademik, nowi ludzie, sytuacje, zdarzenia. Tyle się wydarzyło. Tyle się wydarzało. Mało czasu na zastanawianie się nad tym. Jedyny odpoczynek to muzyka. Tam zawsze tak samo, z równą prędkością bijące werble, bujająca się głowa w rytm wolno uderzającego basu.
Codzienny bieg, laborki, zajęcia, kolokwia egzaminy. Rozmowa o prace szkolenia, praca. Tak szybko. Warszawa, prędkość jej ulic.
I przychodzi taki dzień jak dziś. Wychodzę na śpiące Warszawskie ulice. Powoli wysiadam z metra, plac Zbawiciela, Marszałkowska, Pola Mokotowskie. Idę w ten piękny wieczór i jestem smutny.

„Zatrzymajmy się w pędzie nikt nie pamięta po co biegnie
Czy na pewno po szczęście czy sam bieg nie jest biegu sensem „
Eldo „Plaża”

Gdy dziś się zatrzymałem, jestem po sesji, bardzo udanej sesji, w pełni zaliczonej, gdy wyprostowałem zaległości z pierwszego roku czuję się dziwnie. Nie wiem jak to opisać. Może to przez ten jeden głupi szczegół, tę jedną pierdołę, która dzisiaj tak mocno mnie wkurzyła. Och, za dużo emocji. Ale wydaje mi się, że to nie to. Przez cały ten dzisiejszy wieczór spędzony na ulicach stolicy chodziła za mną pewna piosenka Ani Dąbrowskiej a dokładniej jeden wers, który powtórzyłem dzisiaj chyba setki razy.

„… że to wszystko nagle traci sens, gdy Ciebie nie ma”
Ania Dąbrowska „Trudno mi się przyznać”

Za oknami mieszkańcy akademika imprezują, grill żegnający sesję. Idę się pożegnać.

Bardzo dobre pytanie. Myślę, że powinienem się zastanowić na tę jakże ważną proporcją odnośnie mojego bloga. Czy treść jest należycie pokreślona, wyeksponowana. Czy forma nie zamazuje ogólnej myśli, która staram się przekazać? Czy emocje, które zwykle towarzyszą mi przy pisaniu nie zasłaniają nie błędów jakie popełniam? Z może forma jest zbyt uboga. Może powinny pojawiać się wyskakujące okienka z cyckami. Może jakieś filmiki, zdjęcia, komiksy. Ale czy wtedy dałoby się w ogóle zauważyć treść.
Myślę, że zawsze należy zachować równowagę. A chciałbym przegadać to na przykładzie muzyki.
Wczoraj przesłuchałem nową płytę Pezet/Małolat „Dziś u mnie w mieście”. Bardzo fajna zarówno tekstowo jak i muzycznie. Czasami bardzo mocne, wulgarne teksty. Ale czasami tak trzeba. Czasami tylko twarde, bolesne określenia trafią pod czaszkę i spowodują jakieś poruszenie szarych komórek. Bardzo podoba mi się również warstwa muzyczna płyty, różnorodne bity. A zarazem wszystkie świetne. Jedyne co mocno rzuciło mi się na uszy to właśnie proporcja formy i treści. W niektórych kawałkach naprawdę mocno trzeba było się sprężyć aby zrozumieć dany wers, ponieważ muzyka go po prostu zagłuszała.
Ale to nie tylko problem tej płyty. Jeżeli w ogóle można mówić o problemie. Scena się zmieniła. Każdy chce czymś zaskoczyć. To oczywiste. Jako, że tekst jest dobrze napisany, dziesięć razy przemyślany, pięć razy przesłuchany to w tej kwestii ciężko jest czymś zaskoczyć mając już jakąś tam wyrobioną renomę. Chodzi mi o to, że słuchają płyt które wyszły w tym roku, „Zapiski z 1001 nocy”, „Tylko dla dorosłych”, „fuckTede”, „Abradabing”, „Dziś w moim mieście” i jeszcze kilka innych, pod względem tekstowym nie można im nic zarzucić. Dojrzali, dorośli faceci, przebywający już długo na scenie, tworzący tę kulturę Hip-Hop’ową, nie wypuszczają już bubli z których mogliby się wstydzić. I dobrze. Więc aspektem który może wyróżnić płytę z tłumu jest forma. W jej skład wchodzi pomysł, bity ale również okładka, pudełko. Zapewne głównym powodem wybierania takiej drogi jest chęć zaspokojenia siebie, samozadowolenia, zachwytu, pokazania innych swoich umiejętności. I dobrze. Tylko, jak w każdym aspekcie życia należy znaleźć jakiś złoty środek. A moim skromnym zdaniem środek w tej sprawie leży całkowicie nie pośrodku. Treść jest dominującym czynnikiem w rapie. To treść na sprawiać, że słuchając pięćdziesiąty raz danego kawałka powiem „O kur*a, przecież to jest o mnie. Dlaczego wcześniej tego nie słyszałem.”
Dawniej muzyka, równo uderzający bit, był po to abyś na koncercie mógł machać rękami, abyś mógł spojrzeć na las równo falujących rąk. Uderzające werble były po to abyś wieczorem na słuchawkach mógł rytmicznie poruszać głową. Aby to poruszanie wprowadziło cię w odpowiedni nastrój abyś jak najpełniej mógł poczuć moc płynącą z głośnika, abyś mógł zrozumieć to co ktoś chce ci przekazać, abyś mógł to przemyśleć. Może dlatego nadmiar pisków, zgrzytów i innych sztucznie wyemitowanych dźwięków mi przeszkadza. Nie mówię, że to jest złe i nie pojeżdżam cały czas na płytę „Dziś w moim mieście” czy nowa płyta L.U.C’a. Po prostu jaram się słuchając płyt „Kinematografia” czy „Światła miasta”.
Pamiętam jak byłem kajtkiem. Siedzieliśmy jak co wieczór na murkach za szkołą. Niekiedy przyjeżdżali z sąsiedniej wsi pewni kolesie. Jeden z nich miał prawko i nadzianego starego co kupił mu Hondę Civic. Szary metalic, jakiś spory silnik, nie pamiętam dokładnie i konkret nagłośnienie w środku. Pamiętam, że oni słuchali rapu. Paktofonika, Kaliber. Pamiętam jak jeden z nich, Pirkel, jarał się na „Jestem Bogiem”. Myślę, że on zmarnował swoją szansę. On miał flow, czuł tę energię. Gdyby wtedy dobrze pomyślał, może teraz wszyscy byśmy znali jego ksywę.
To jest właśnie to czego teraz potrzeba, klasyki. Dlatego odpalę teraz „klasyczny Rap z Torunia”, doskonałą płytę świetnego polskiego Rapera czyli „Kilka numerów o czymś”. Bardzo żałuję, że nie mogłem być na koncercie Małpy w Mechaniku. Dwa kroki od akademika, w budynku mojej uczelni, mojego wydziału, gra koncert Raper, którego mocno szanuję a ja dowiaduję się o tym dzień przed koncertem, kiedy to jestem sto kilometrów od Warszawy. Ktoś z WRS’u musi za to beknąć!
CU.

Zastanawiam się czemu sobota często wpędza mnie w ponury nastrój. Doskonałym przykładem jest dzisiejszy wieczór. Siedzę sam w akademiku, piętro niżej jest impreza. Chyba nawet gruba, muzyka gra ludzie słychać, że się bawią, tańczą, śpiewają a ja mimo to siedzę sam w pokoju.
Może to przez te studia. Pracuje dość ciężko w tygodniu, późno kładę się spać, wstaje wcześnie. Może to zmęczenie. Chociaż pamiętam czasy któryś tam wakacji, kiedy to dobudowywaliśmy dom, kiedy to potrafiłem po całym dniu pracy, przy betoniarce lub całym dniu spawania nakrętek do słupków, jechać na dyskotekę. Wiecie jaki odlot jest na dyskotece gdy na się naświetlone oczy. Wow. Masakra. Czujesz się jak nieźle zjarany, wszystko się rozmywa. I nic nie trzeba pić ani palić, żeby być nastukanym. Niezłe nie?
Może to jakieś takie wewnętrzne znudzenie, rozleniwienie, wkurzenie. Nie umiem tego do końca sprecyzować. Bo jak może się nie chcieć iść na imprezę.
Może to dlatego, że nie mam z kim spędzać tych sobotnich wieczorów. Nie mam z kim iśc na spacer nad Wisłę. Nie mam z kim oglądać podświetlonego kościoła na placu Zbawiciela, Gmachu Głównego Politechniki, PKiN i wielu innych pięknie oświetlonych budynków w Syrenim Grodzie. Bardzo lubię tę nazwę. Samo miasto też. A Syreni Gród nocą to już pełnia szczęścia.
Przesadzam, wiem. Ale sobotni wieczór nie pozwala mi nie myśleć i tych sprawach, jak to ładnie w książkach nazywają, sercowych. Nie chodzi o to, że przez to jestem nieszczęśliwy i nie chodzi o to, że na siłę szukam. Po prostu czasami cholernie smutno samemu. Dodatkowo przyglądając się na szczęście innych. Smutno i tyle.
Wiem, osobno lepiej, osobno lżej, jak śpiewali panowie z Lady Pank. Wiem, nie wierz nigdy kobiecie, radzili chłopaki z Budki Suflera. Wiem,wszystko wiem ale ta godzina, ten dzień to nie jest dobry czas na szukanie, analizowanie. Tym gorszy na zadręczanie się, zamulanie.
A więc RedBull i do pracy. Elektrotechnika, angielski, postawy konstrukcji urządzeń precyzyjnych. To świat który ma jasne reguły. Nie umiesz – bardzo źle! Umiesz – może być. Brutalna ta Politechnika.
Ale na szczęście odnajduję się w niej. Może dlatego, że sam nie jestem łagodny. Zapieram się rękami, nogami, spinam odbyt i napieram. A dodatkowo jeszcze znajduję w tym kawałek spełnienia, zainteresowania, dowartościowania.
Zapisałem się do Koła Naukowego Zaawansowanych Technologii. Poważnie brzmi? Bo takie właśnie jest. Uznaję to jako płynne przejście z fazy studiowania do fazy pracowania. Wydaje mi się, że będzie to pierwsze poważne zastosowanie zdobytych przeze mnie umiejętności w praktyce. Jest to taki przedsmak tego co będzie mnie czekało po studiach. Ma to mnie przestrzec przed szokiem, jakiego bym doznał kończąc uczelnie i idąc do pracy. Skoro starsi, bardziej doświadczeni studenci mi tak mówią to chyba muszę im wierzyć. Nie pozostaje mi nic innego jak rozwijać się. Napierać. Brnąć w to dalej. I słowo „brnąć” nie zostało tu użyte przypadkowo.

Dzisiaj słuchając kawałka „Pamiętam” z legendarnej płyty „Światła miasta” Grammatika bardzo poruszyła mnie zwrotka Eldo. Dlaczego? Już spieszę wyjaśniać.

Dopiero dzisiaj zdałem sobie sprawę, że ta zwrotka jest o mnie. Nie dosłownie. Ale, nie wiem czy mogę się tak spoufalić, ale teraz jestem na miejscu Eldo piszącego zwrotkę na „Światła miasta”. Chłopaki wydali płytę w 2000 roku. Eldo miał wtedy 21 lat. Czyli prawie tak jak ja teraz. I wydaję mi się, że jestem w podobnym stopniu dojrzały. Nie wywyższam się, ani nie ubliżam Leszkowi. Wydaję mi się, że jestem już po prostu dojrzały emocjonalnie.

Przeżyłem w swoim życiu trochę. Sporo ciosów przyjąłem, zrobiłem również kilka uników, kilka skontrowałem. Mam jasno postawione cele co chce robić. Wierzę w tego sens. Może nie jest to muzyka, tak jak w przypadku Eldo, ale mechatronikę też chyba można uznać za naiwną ideologię. Zdobywanie wiedzy na Politechnice można porównać do walki sączącym się z radia jadem Pop’u.
Ale nie o tym chciałem. Słuchając wersów Eldo w głowie odtworzył mi się film z szufladki „Dzieciństwo”.

Pamiętam.

Zabawy w każdy film, który leciał w piątkowe wieczory na Polsacie. Komando foki, Rambo wszystkie odmiany odkrywców kosmosu, zdobywców nieznaanych lądów. Chowanie się przed samolotami. Bieganie z łukiem po świeżo posianej trawie na boisku i reakcję Kowalskiej :D . Stawianie masztu na górce. Ściąganiu gałęzi z topoli na ognisko, gapienie się w gwiazdy, oglądanie księżyca.

Pamiętam.

Rolki, deska. Pozdzierane kolana podczas nauki jazdy na rowerze. Karadeja ( to taki skuter na pedały, który dostałem od dziadka, nie wiem skąd taka nazwa). Kopanie dołu w ogródku 2m x 2m głębokiego na 1,5m. Po co? Nie wiem. Pracownia, czyli stos palet który codziennie był czym innym: bazą dowodzenia, sklepem, domem, stacją kosmiczną.

Pamiętam.

Miasta budowane z piasku na parkingu przed szkołą. Podziemne garaże dla nowych metalowych samochodzików. Bazy w olszynie nad strugą. Budowanie mostów (prawdziwych, chodziliśmy po nich) drewnianych i kamiennych. Szałasy z gałęzi, spanie pod namiotem.

Pamiętam.

Codziennie w piłkę. Pełno gości, którzy na rowerach przejechali po kilka kilometrów aby pograć w gałę.
Nikt z nas wtedy nie myślał o papierosach, alkoholu. Nie mówię o silniejszych używkach typu dragi, sex. Byliśmy dziećmi. Biegaliśmy od rana do wieczora po dworze. Trudno było nas do domu ściągnąć. Deszcz to była najgorsza kara. Nikt nie zostawał w domu po to aby oglądać telewizję.
Dziś wychodzę na tę samą wieś i nie wiedzę dzieci, choć wiem, że powinny biegać, jeździć na rowerkach, drzeć japę. Siedzą w domach, grzecznie zabijając niemców, arabów, rusków w zależności od gry. Siedzą i oglądają myszki, ptaszki, zebry, niedźwiadki w zależności od bajki. Czytają o wylansowanych panienkach, ładnie uczesanych chłopcach w zależności od czasopisma. Siedzą i oglądają cycki, dupy, sex w zależności od strony internetowej.

Co one będą wspominać? Nie wiem. Zwariował świat, który mnie wychował

P.S. Posłuchajcie „Pamiętam”-Grammatik.

Czy to jest możliwe, że pewni ludzie nie widzą koloru szarego? Może jest jakaś taka choroba która nie pozwala nam zauważać czegoś pomiędzy.
Albo się kogoś kocha, przyjaźni się z nim, uwielbia się go. Jest się dla kogoś miłym, czasami nieszczerym aby być miłym, mówi się jedynie o rzeczach przyjemnych, nie narzeka się na tę osobę. Opowiada jej się wszystko o sobie, czym aktualnie się zajmuje, co nam ciąży, co nam przeszkadza, opowiada się zupełnie o wszystkim.
Albo nienawidzi. Kontakt się urywa, jest tylko ból, krzyk, złość. Koniec znajomości, koniec wszystkiego.
Albo przyjaźń albo nienawiść.
Wybór należy do mnie.
Ale ja nie umiem wybrać. Nie chce skręcić w prawo, nie chce w lewo. Chce iść środkiem, na przełaj. Chce mieć wybór, chce być wolny, niezależny, szczęśliwy. Chce cieszyć się z radości, chce śmiać się, biegać po łące, chodzić na długie nocne spacery.
Nie chce być zależny, nie chce się ze wszystkiego tłumaczyć, nie chce być zniewolony, przywiązany. Nie chce codziennie się męczyć. Nie chce wysłuchiwać codziennie tego samego, przykrości z którymi nic nie mogę zrobić.
Przyjaźń to wzajemna szacunek, zaufanie, przyjemność z obcowania razem. To nie jest codzienna rozmowa. To jest świadomość, że mogę zadzwonić, porozmawiać. Ale to też logiczne i ograniczone korzystanie z tego dobrobytu.
Nienawiść to odraza jaką czujemy do drugiej osoby, to pogarda jaką wyrażamy w jej kierunku, to niemoc spojrzenia w kierunku tej osoby. Czy aby to miałaś na myśli?

Po wczorajszym bardzo długim spacerze ulicami Warszawy postanowiłem spisać moje przemyślenia jakie zdołam odświeżyć z tego jakże smutnego wieczoru. Dlaczego smutnego? Nie wiem. Zostałem sam w pokoju w akademiku i postanowiłem rozchodzić tę wewnętrzną gorycz jaka mnie dopadła. Tak, wiem, że to złudne. Wiem też, że alkohol nie rozwiązuje żadnych problemów. Mleko się skończyło więc skoczyłem piętro niżej na metę (otworzyli niedawno) dwa Pstrągi i jazda.

Ciężko było się skupić na czymkolwiek przepychając się Krakowskim Przedmieściem pomiędzy biegnącymi gdzieś lanserami, karierowiczami, dupami, kobietami. Dlatego skręciłem w lewo, w kierunku Wisły. Jakieś małe uliczki, ciemno, cicho, nareszcie. Obrałem azymut i idę. Oczywiście po kilku skrętach już nie wiedziałem gdzie jestem ale nic, pomyślałem, Powiśle nie jest takie duże.

Tyle co zdążyłem to zadać sobie pytanie: Dlaczego?

Dlaczego ona nie żyje. Siostra kolegi z grupy. Zasnęła wieczorem i rano już się nie obudziła. Jak to jest możliwe? Młoda dziewczyna, silna, zdrowa. Odeszła.

Nie mówię umarła, bo w końcu jestem wierzący. Pierwszego na cmentarzu z całego okropnie długiego kazania wyłapałem kilka mądrych zdań. I właśnie jedno dotyczy słowa umrzeć. Dlaczego (pozwolę sobie użyć słowa my, ateistów przepraszam) dlaczego my, wierzący mówimy „Wczoraj umarł/umarła …”. Bo skończyło się życie. Ok. A dlaczego gdy umierał Papież Jan Paweł II wszyscy mówiliśmy „Odchodzi/odszedł do domu Ojca”. Zastanawiające, nieprawdaż?

A więc odeszła. Szukam sensu. Szukam znaczenia, znaku, wyzwania dla nas w tym co się stało. Tak trudny był ten rok. Tyle razy zastanawiałem się nad śmiercią. Lukasz pierwszego kwietnia. Tragedia 10 kwietnia. Tyle nieszczęść w postaci powodzi. Mama Sysi. Teraz jakiś czas temu ten wypadek busa. Często pytam. Po co to wszystko? Co chcesz nam powiedzieć. Znajduje różne odpowiedzi zapewne jak każdy. Chociaż, czy ktokolwiek się nad tym zastanawia dłużej niż 5 minut.

„Tydzień temu chciał się mój znajomy zabić
Panie świeć nad jego duszą wśród łakomych cmentarzy
Se pozwalamy, nasze nawyki zwłaszcza
Tak zabija nas alkohol i kluczyki do auta”
O.S.T.R. – Track 12

Odeszła ale my żyjemy. Staram się pomagać jemu, aby przetrwał. Ale to cholernie trudne. Nie umiałem się zachować wobec dziewczyny Łukasza. Jak zachowam się teraz nie wiem. To takie skomplikowane.

Nie wiem czy jestem odpowiednią osobą do tak odpowiedzialnej roli. Nie poradziłem sobie z zachowaniem dziewczyny Łukasza. Wydawała mi się sztuczna, zakłamana. Wkurwiało mnie to, bo byłem pewien, że wiele z jej zachowań było na pokaz. Teraz nie wiem. Stała pierwszego nad jego grobem. Byłem zapaliłem znicz, pomodliłem się. Odszedłem. Nadal nie umiem z nią rozmawiać. Byłem dla niej niesprawiedliwy. Dałem zawładnąć się emocjom. Zbyt szybko wydałem wyrok. To był błąd. Może miłość istnieje, i może ona go kochała. Nie wiem, nie dowiem się tego nigdy.

Jutro się z Nim spotykam. Nie uważałem, że jesteśmy jakimiś tam kumplami. Ok lubiliśmy się, często gadaliśmy, byliśmy razem w zespole na laborkach, spotykaliśmy się często na imprezach. Nie myślałem, że to właśnie ze mną będzie chciał rozmawiać, że mi zaufa. Zapewne powinienem przyjąć to jako props i tak zapewne jest. Co nie zmienia jednak faktu, iż najzwyczajniej się boję. Boję się, że swoim nieogarnięciem zadam mu ból, że przywołam jakiś fragment z tego tak trudnego dla niego okresu.

Nic. Życie musi toczyć się dalej. Musimy walczyć dalej.

„No przecież nikt nie obiecywał nam, że będzie łatwo.
Zamiast łóżka, czterech ścian, tylko powietrze i karton.
Przedstaw szczęście tym faktom,
I tak Ci nikt nie powie gdzie w szaleństwie tym wartość”
O.S.T.R. – Track 12

    Ten wpis miał być o czymś zupełnie innym. Chciałem napisać o wczorajszym wspaniałym motocyklowym wyjeździe do Kwidzynia z użytkownikami forum choppersochaczew. O towarzyskich, roześmianych, wyjątkowych motocyklistach. O przyjaznej, pełnej humoru i radości atmosferze. O motocyklach, asfalcie, o stanie polskich dróg, o przepięknych kujawsko-pomorskich krajobrazach. O pięknie i potędze zamków krzyżackich, o przestraszonej sarnie wybiegającej na środek drogi, o przejechanym dziku, czy tak skunksie:). O mgle takiej, że psy w budzie zdychają i o innych powiedzonkach Gajowego. Niestety. Mój stan nie pozwala mi o tym pisać. Nigdy już wpisu o tym nie będzie.

    Dziś będzie gorzko, smutno, cierpko i boleśnie. Wpis przepełniony żalem i złością. Pełen goryczy, nienawiści.

    Rodzice, ojciec. Tak ważna postać w życiu każdego z nas. Tym bardziej ważna w życiu dorastającego chłopaka, mężczyzny. To mamusia zawsze głaszcze synusia po główce, prowadzi do kościółka, uczy mówić „proszę” „dziękuję”. Pokazuje gdzie się sika, odzwyczaja od bekania i dłubania w nosie. Tłumaczy wszystkie występki, chroni nas przed złem świata. Chciałoby się powiedzieć wychowuje. Ale w moim mniemaniu istotniejszą rolę w wychowaniu dziecka ma ojciec. On powinien chłopaka nauczyć życia, nauczyć bycia mężczyzną.Cóż z tego, że będzie wiedział jaki to kolor seledynowy, gdy nie badzie umiał panować nad sobą, nad swoimi emocjami, słowami. Gdy nie bedzie umiał z godnością przyjąć porażkę, przyznać się do błędu, wybaczyć krzywdę.

    Wiem nikt nie jest doskonały. Nie skarżę się, nie obwiniam nikogo. Ale czasami to zbyt boli aby siedzieć cicho. Czasami coś pęka i mam tego wszystkiego dość. Chciałbym to wszystko rzucić. Ciągłe oskarżanie, obwinianie za byle gówno. Krzyk, złość. Nienawiść bijąca z oczu. Niepohamowanie złości. Jak można tak dać się zawładnąć złości, tak dać się ponieść emocjom, tak rozpuścić nerwy i nie móc władać sobą. To jest straszne, obrzydliwe.

    Przyzwyczaiłem się. Jakoś to znoszę, tym bardziej, że zawsze to chwilowe, trwające co najwyżej pół dnia. Rano wszystko jest ok. U niego, u mnie zazwyczaj nie ale przełamuje swój opór dla obopólnego dobra i udaje, że nic się nie stało. Zawsze to jakieś wyjście. Może nie zbyt męskie i honorowe ale zawsze. Przecież nie będę się całe życie kłócił a poza tym… Przecież to mój ojciec. Nie umiem inaczej.

    Edit:

    Wpis napisany w poniedziałek na serwetce. Nie chciałem aby to uleciało mi z głowy. Dziś tylko wklepany w klawiaturę.

    Publikuje, bo jeszcze chwila i zakończy to się ctrl+A -> delete ->log out.

    Następna strona »

    Follow

    Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.